Wywiad z Kamilem Cebulskim – najmłodszym polskim milionerem

Kamil Cebulski, wywiad, przedsiębiorca, zarabianie, firma

Dzisiaj w końcu prezentuję Wam niespodziankę, o której wspominałem już dość dawno na ambiwalentnym fanpage’u. Mowa oczywiście o wywiadzie z Kamilem Cebulskim, który przeprowadziłem specjalnie na potrzeby bloga, by jego wartość zwiększyć dodatkowo o parę praktycznych informacji od najbardziej przedsiębiorczego człowieka, jakiego w życiu spotkałem.

 

Mój wybór oczywiście nie był przypadkowy. Około rok temu pierwszy raz natknąłem się na informacje o nim, czytając gdzieś w internecie spis książek wartych przeczytania. Była tam też jego książka, zatytułowana „Efekt motyla”, którą serdecznie polecam.

Kamil został hucznie ogłoszonym przez media „najmłodszym polskim milionerem”, a pierwszą firmę założył już w wieku 16 lat.

 

Przed przejściem do dalszej części wpisu, aby w pełni zrozumieć poruszane w wywiadzie wątki, zalecam najpierw przeczytać informacje jakie Kamil zamieścił na swoim własnym blogu.

***

 

Kuba Wnorowski: Cześć Kamil! Dzięki, że znalazłeś dla mnie czas.

 

Kamil Cebulski: Cześć, witam cię, zawsze do usług.

 

A więc, zacznijmy od Twoich początków w biznesie. Czy wspominasz to jako życie cały czas w biegu, nieprzespane noce? A może nawet zrywanie znajomości ze względu na pracę?

 

Co do nieprzespanych nocy, no to tak. Ale zrywanie znajomości? Przecież w pracy się je nawiązuje. Zrywanie znajomości to jakbym non-stop spał w domu, nic nie robił, kopał ogródek.

 

A w wieku siedemnastu lat łatwo było to pogodzić z nauką?

 

Oczywiście. Zawsze miałem w podstawówce czerwone paski, w liceum było trochę gorzej, ale wiesz, ja się zawsze angażowałem w szkole do wszystkiego. Frekwencją zaledwie 57% obecności na zajęciach w klasie maturalnej miałem wzorowe zachowanie. Tam jakieś olimpiady, wymiany, cuda-wianki. Więc to było oczywiście jak najbardziej do pogodzenia.

 

Jaki był najbardziej przełomowy moment w Twojej karierze?

 

Nie było takiego. Wszystko odbywało się stopniowo…

 

… przez ciężką pracę.

 

Czy ja wiem, czy znów taką ciężką? Na pewno fascynującą. Jeżeli ktoś spędza trzy noce non-stop przy komputerze, żeby wklepać tysiąc produktów do sprzedaży w sklepie internetowym, to nie można powiedzieć, że to jest ciężka praca. To jest fascynacja, hobby, człowiek tego chce. Ciężka praca to jest u kogoś, gdzie mamy zrobić coś, czego nie lubimy tylko po to, żeby zarobić jakieś pieniądze na jedzenie. Jak robisz coś, co chcesz, i widzisz w tym sens, to co to za ciężka robota.

 

Tak samo z serwisami, gdzie recenzowałeś gry.

 

Dokładnie. Który nastolatek nie chciałby mieć pracy, w której recenzujesz gry?

 

A co było dla Ciebie głównym celem przy rozkręcaniu biznesu. Chęć zarobienia, a może ambicja?

 

No wiesz, jeżeli chcesz zarobić pieniądze, to znaczy, że jesteś ambitny.

 

Ale nie każdy dąży tylko do osiągnięcia fortuny i pieniądze nie są wtedy tą główną motywacją.

 

Pieniądze nigdy nie są motywacją, są tylko efektem tego, że jesteś dobrym przedsiębiorcą, dobrze i wydajnie zarządzasz, lepiej niż konkurencja dostarczasz społeczeństwu jakieś usługi, gdzie ludzie świadomie i dobrowolnie wolą skorzystać z twojej usługi niż kogoś innego, czyli twoja usługa jest lepsza. A pieniądze pozostają na samym końcu. Jak jesteś dobrym człowiekiem to dostajesz pieniądze, jak nie to nie.

 

Założyłeś również fundację, które jeździła po szkołach i robiła wykłady z przedsiębiorczości. Czy, mając kontakt z młodzieżą (głównie licealistami), zauważyłeś coś, co najbardziej ich blokowało przed założeniem własnego biznesu, zarabianiem prawdziwych pieniędzy?

 

Co blokowało – nie wiem. Żadnym psychologiem nie jestem, ani nie namawiam nikogo, aby otwierał swój biznes, bo po co? Wbrew przeciwnie. Uważam, że teraz jest taka moda, jupi propaganda, że Polska to jest zielona wyspa, że tu wszystko można osiągnąć, „otwieraj swój biznes”, cała masa książek motywacyjnych. Za dużo jest tej propagandy, gdzie ludzi, którzy nigdy nie powinni prowadzić biznesu i to niekiedy widać już po pierwszym spojrzeniu, się do tego namawia. Tacy ludzie później często kończą z długami. Taka jest teraz sytuacja, że Polska jest w ruinie. Przez pięć lat prawie trzy i pół razy zwiększyła się liczba egzekucji komorniczych, nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę. To jest między innymi pochodna tego namawiania na otwieranie biznesu. Jakieś pięć lat temu widziałem taką reklamę funduszy unijnych: kobieta wysiada z samochodu. Taka ładna blondyneczka szczuplutka, no wiesz…

 

Wiadomo.

 

… wysiada, wchodzi przez furtkę do domu. Odkłada laptopa na stół, bierze dziecko z łóżeczka, cały czas uśmiechnięta, a lektor mówi coś w stylu: „Kiedyś pracowałam, później nie mogłam znaleźć pracy. Było ciężko. Ale od kiedy skorzystałam z funduszy 2/3/8/15 i założyłam swoją firmę, zarabiam dobre pieniądze i mam czas dla swojego dziecka.” Przecież to gówno prawda. Jak zakładasz biznes, to masz pięć lat harówy po trzynaście godzin na dobę, więc jakie dzieci? Ale część kobiet uwierzy w to, weźmie pieniądze, a później się okaże, że ten rynek jest o wiele bardziej brutalny niż sądziły. I sobie z tym nie radzą, kończą w długach.

 

Nie znam żadnej firmy, która skorzystała z dotacji i istniała dłużej niż do czasu, gdy mogła płacić niższy ZUS – czyli przez dwa lata. Przeważnie wtedy ludzie zamykają swój biznes. Ale musisz sobie zdać sprawę, że każda firma musi się zacząć i musi się skończyć. To może trwać pół roku, rok, czterdzieści lat czy sto lat. A taka Wieliczka ma kilkaset lat. Ale kiedyś musi się zamknąć i życie nam pokazuje, że każda firma kończy z długami. Nie ważne, czy to dziesięć tysięcy, dwieście tysięcy, milion czy miliard. Sukces firmy przez całe jej życie polega na tym, że właściciel ją dobrze prowadzi, przykładowo kupił dziesięć działek inwestycyjnych, potem bankrutuje – ma długi – więc sprzedaje cztery działki, żeby pokryć te długi. Ale nadal ma sześć działek wartych miliony. I mimo, że jego firma skończyła w długach, to on osiągnął sukces.

 

Te wszystkie firmy, które się zamykają po dotacjach, mają długi, ale ich właściciele nie zdążyli jeszcze nic odłożyć, żeby to pokryć. To jest duży, społeczny problem.

 

Szczególnie, że dużo osób postanawia obecnie iść w handel internetowy.

 

Mówi się, że Internet to szansa dla ludzi. Nie, Internet wygląda tak, że przeciętna firma internetowa to chłopak pracujący na etacie, z pracującą żoną, który marzy wraz z całą rodziną o tym, żeby rozkręcił biznes w Internecie.

 

To raczej dorabianie sobie do pensji.

 

Niby dorabianie, ale oni marzą, że im ten biznes zrobi się duży. Jest też druga grupa – młodzież w wieku około trzynaście – piętnaście lat, którzy programują od urodzenia, robią swoje serwisy. Typowe maniaki. Obie te grupy marzą o dużym sukcesie i przez pięć, dziesięć lat, nie dość, że będą pracować za darmo (nie potrzebują pieniędzy, bo jednych utrzymują rodzice, a drugich żony), to jeszcze wszystkie kieszonkowe władują w ten biznes. Po pięciu latach im się nie udaje i idą na etat do korporacji, a na ich miejsce wchodzi nowy narybek. Jak nie ma żadnej bariery wejścia, to bardzo trudno się wybić.

 

Internet jest więc miejscem dużego sukcesu, albo żadnego sukcesu. Przypomina to trochę bardziej totolotka, gdzie wygrywa, powiedzmy, jeden na milion, niż ruletkę, gdzie wygrywa jeden na trzydziestu. Ja bym wolał grę o mniejszym ryzyku.

 

Z tą różnicą, że w loterii liczy się bardziej szczęście, a tutaj trzeba też mieć odpowiednie umiejętności.

 

No tak, umiejętności plus trochę szczęścia. Ja w Internecie działałem dość dużo, ale po pewnym czasie musiałem z tego wyjść. Jak miałem dwadzieścia trzy lata to zatrudniałem trzydzieści osób w handlu internetowym, ale trudno było konkurować z cenami na, na przykład, allegro, gdzie młodzież coś tam przehandlowała, nie licząc swojego kosztu pracy. Pracują za darmo, licząc, że w przyszłości urosną dziesięć razy. Internet jest bardzo trudną branżą, jeżeli chodzi o robienie biznesu.

 

Jesteś również założycielem ASBiRO, czyli w skrócie szkoły biznesu i rozwoju osobistego. Charakteryzujecie się tym, że wszyscy Wasi wykładowcy są przedsiębiorcami, mają swoje firmy…

 

No, trzech nie jest, z chyba trzystu dwudziestu trzech.

 

I to się sprawdza?

 

Jak widzisz, tłum na sali. Co chwilę ktoś do nas mejluje, że udało mu się rozkręcić biznes. Tak więc raczej pozytywnie.

 

Czyli to ma sens.

 

Jako właściciel jestem chyba ostatnią osobą, którą powinieneś o to pytać. Przecież nie powiem, że zajęcia i wykłady są do dupy, prawda? Ja kocham tę szkołę, robię wszystko co mogę, żeby było jak najlepiej. Ja w to wierzę. Jestem najlepszym studentem, bo prawie co tydzień jestem na jakichś zajęciach – czy to tu, czy w Zambii, czy w Anglii. Żyję tą szkołą. Mamy obecnie 66% więcej rekrutacji niż rok temu, więc to chyba się sprawdza.

 

Skąd bierzesz najwięcej inspiracji i motywacji, żeby nie osiąść na laurach?

 

Z życia! [śmiech] Zauważ, że ludzie szukają swojej motywacji w takim modelu guru. Jest jakiś mądry chłopak, napisze książkę, dwie, poprowadzi szkolenia, wykłady, i wszyscy wołają „yea, on mnie tak motywuj!”. Nie ma czegoś takiego. Ludzie są teraz na tyle zamknięci, że boją się z innymi rozmawiać.

 

Ja rozmawiam z każdym. Mam taki nawyk, że jak wypiję piwo czy zjem pizze (a chyba połowę knajp w Polsce odwiedziłem), to pytam się kelnerki czy jest właściciel. Ona myśli, że będę się skarżył – rozpoznaję to po jej minie – a jak właściciel przychodzi, to mówię mu: „Wiesz co? Świetna pizza” albo „No wiesz, pizza średnia była, ale ta twoja kelnerka, ta blondynka, super dziewczyna. Znalazłeś ją tak po prostu, czy ją jakoś wyszkoliłeś, że tak miło obsługuje?” I już jest pole do wspólnej rozmowy, czegoś się o nim dowiaduję, zaprzyjaźniam się. Następnym razem idę i już mówię „Cześć Wojtku!”. Trzeba przebywać w środowisku, a nie wzorować się na jednym takim guru – tak zachowują się tylko idioci.

 

Od każdego trzeba brać coś, co najlepszego może zaoferować.

 

Dokładnie.

 

Miałeś siódme miejsce w rankingu opublikowanym w 2008 roku na najbogatsze polskie młode gwiazdy…

 

Zdarzyło się.

 

… obok Radwańskiej, Kubicy i założyciela Naszej Klasy.

 

Nie mam pojęcia, co tam robiłem, jak tam sami sportowcy byli.

 

Czy to zrobiło z Ciebie w tamtym okresie „celebrytę”, takie boom na Ciebie, mnóstwo wywiadów itp.?

 

Nie. Z wywiadami jest różnie, przeważnie wszyscy zapominają, nagle jakiś dziennikarz postanowi zrobić wywiad, pójdzie to w jakieś ogólnopolskie media i w ciągu dwóch miesięcy każda prasa zgłasza prośbę o komentarz, czy o wywiad, czy jakieś nagranie. Potem znowu to przycicha na pół roku i znowu ktoś sobie przypomni. Tak było i tym razem, nic się nie zmieniło.

 

Można Cię nazwać również podróżnikiem?

 

Hmm… nie podróżuję dla podróży, tylko w interesach. Przykładowo w Londynie byłem trzydzieści razy, a Big Bena nie widziałem na oczy.

 

No tak, na ulotkach ładniej wygląda.

 

Mam YouTuba [śmiech!]. Tam nawet eksponaty są pokazane, więc po muzeach nie muszę chodzić.

 

A jakieś marzenia podróżnicze?

 

Siedzieć w domu! Leżeć, liczyć kasę i pić drinki! Oczywiście żartuję. Ale mam naturę programisty, który najchętniej siedziałby w domu z trzema komputerami i sześcioma monitorami i grał w czołgi. Nie jestem obieżyświatem, ale inne ambicje powodują, że trzeba jeździć. Kiedyś z całym zespołem postanowiliśmy, że będziemy rozwijać ASBiRO również na inne kraje, a to wymaga podróżowania. Ale nie żałuję, fajnie zobaczyć jak świat wygląda z drugiej strony. No, z drugiej strony, bo na przykład w Australii trzeba mieć takie rzepy, żeby nie spaść w kosmos, bo wtedy do góry nogami jesteś.

 

Tak, słyszałem o tym [uśmiech]. A takie ogólne pytanie: czujesz się spełniony? Czy jeszcze masz coś do zrobienia, jakiś cel?

 

Oczywiście, ASBiRO. Chcemy podbić świat. Na razie działamy chociażby w Anglii, w Zambii, w Niemczech, lada chwila w Tajlandii. Jeszcze w tym roku w pięciu lub sześciu krajach będą po raz pierwszy zajęcia zorganizowane.

 

Czyli nowych przedsiębiorstw nie zamierzasz rozwijać?

 

Nie mam na to czasu. Wbrew pozorom kierowanie uczelnią, gdzie jest tysiąc studentów, kilkunastu współpracowników i jeszcze jeżdżenie po tych krajach zajmuje trochę czasu. To jest czasochłonne, wierz mi.

 

Dzięki za wywiad.

 

To ja dziękuję za zaproszenie i mam nadzieję, że kilka rzeczy ci przybliżyłem.