W poszukiwaniu zaginionej weny

pióro wieczne

W życiu każdego, nawet najsłabszego blogera, jest kilka takich dni, kiedy wśród spraw najwyższej wagi – ot, chociażby jakie buty nałożyć przy wyrzucaniu śmieci – pojawia się tajemnicza myśl – może i wypadałoby coś napisać? Coś najlepiej krótkiego, prostego i bez większego przesłania, byleby dać innym do zrozumienia, że nie założyłeś bloga tylko w jednym celu – żeby chwalić się nim na wątpliwej jakości domówkach zakrapianych procentem.

 

Jako że bloger to typ człowieka, który więcej mówi (pisze), niż wie, zawsze ma w zapasie kilka tematów, o których umiałby skleić parę krótkich zdań. Ma on też jakieś pojęcie o organizacji czasu (albo po prostu przeczytał mój wpis), więc udało mu się wyskrobać wieczorem trzy godziny, by w pełni poświęcić się pisaniu.

 

Wszystko jest zaplanowane i gotowe do rozpoczęcia. Siadając przed komputerem, bloger ów czuje wielką odpowiedzialność, jaka na nim spoczywa. Rozmyśla więc w skupieniu, jakie słowo będzie idealnie rozpoczynać cały wpis, zachowując balans pomiędzy szczyptą humoru a dystynkcją. I gdy już prawie mu się udaje osiągnąć konsensus, wzbijając się na wyżyny swoich umiejętności pisarskich, pojawia się ulotna, ale jakże zgubna myśl – kurczę, nie mam weny.

 

Jednym z największych problemów blogera, zwłaszcza początkującego, jest chęć tworzenia wyłącznie treści wybitnych. Brak weny może więc spowodować albo rezygnację z dalszego pisania, albo desperackie poszukiwanie zaginionego gdzieś natchnienia. Moje początki były związane z tym drugim.

 

W poszukiwaniu zaginionej weny

 

Wychodziłem wtedy na spacer. Patrząc na twarze mijanych ludzi, myślałem o historii każdego z nich, dokąd idzie, co ukrywa. Myślałem nad maskami, jakie człowiek wkłada za każdym razem, gdy chce wśród innych uchodzić za boga. Myślałem nad przemijalnością, śmiercią, pogodą i kwiatkami. Po godzinie wniosek był oczywisty – weny tutaj nie ma. Trzeba szukać dalej.

 

Czasami, gdy na dworze hulał wiatr, decydowałem się na poszukiwania w domu. Na przykład przy oglądaniu filmu. Na przykład przy oglądaniu smutnego filmu, po którym nawet Muniek by się rozpłakał. Na przykład „W pogoni za szczęściem”. Ale po seansie nadal myślałem o wszystkim, co nie było związane z wpisem, a weny nadal brak.

 

Krótki wniosek z krótkiej analizy

 

Zastanawiałeś się, czym w ogóle jest wena? Według niektórych pomaga ona beznadziejnym artystom stworzyć coś wspaniałego. Dla innych jest przejawem pasji.

 

A według mnie wena jest dla słabych. Dla ludzi, którzy chcą dla swojego lenistwa znaleźć jakieś wytłumaczenie. Dla tych, którzy wątpią w skuteczność ciężkiej i systematycznej pracy, którzy wierzą, że przeciętny Maciek z osiedla bez problemu napisze powieść na poziomie „Hobbita”, a jedyne czego potrzebuje, to chwili uniesienia artystycznego.

 

Wena istnieje. Ale najczęściej przychodzi wtedy, gdy już się zatopimy w pisaniu. Nie na odwrót.