Szczerość czy „sztuka dla sztuki”?

W 2008 roku pewna pisarka przyznała, że jej „autobiografia” była w rzeczywistości wytworem wybujałej wyobraźni. Po 6 latach sąd w Massachusetts nakazał autorce zwrócenie dla wydawcy ponad 20 milionów dolarów. Sporo, choć nie ma co się dziwić – książka w czasach świetności zdobyła status bestsellera.

 

Mowa oczywiście o powieści „Przeżyć z wilkami”, w której autorka Misha Defonseca opisuje swoje wspomnienia z czasów holokaustu: gdy niemieccy żołnierze aresztowali jej rodziców, siedmioletnia dziewczynka żydowskiego pochodzenia zostaje sama. Wyrusza w podróż po Europie, aby ich odnaleźć. Trasa jej wędrówki wiedzie na wschód: przez Belgię, Niemcy, Polskę, docierając aż na Ukrainę. Przez pewien czas żyje wśród wilków, bawi się z ich młodymi i uczy się ich obyczajów. Gdy przez wiele dni udaje jedno z wilczych szczeniąt, coraz bardziej zatraca w sobie człowieczeństwo, stając się podobnym do zwierząt.

 

Teraz już wiadomo, że Misha ani nie została adoptowana przez wilki, ani nie przemierzyła pieszo tysięcy kilometrów, nie pochodzi też z żydowskiej rodziny. Tak po prawdzie to nawet nie nazywa się Misha, a Monique de Wael. O tyle dobrze, że naprawdę pochodzi z Belgii. Jej rodzice zostali aresztowani przez gestapo, choć nie z powodu pochodzenia, a za współpracę z tamtejszym ruchem oporu.

 

Zastanówmy się teraz, czy przyznanie się do napisania fałszywej autobiografii jest wystarczającym powodem, aby skazać autorkę na powszechne potępienie i nakazać zwrot niebagatelnej sumy 22,5 mln dolarów, które otrzymała z tytułu praw autorskich. Oczywistym jest, że okłamywanie milionów jej czytelników jest etycznie niepoprawne, szczególnie, że autorka lansowała się na kogoś pomiędzy bohaterem narodowym Belgii, Bear Gryllsem juniorem i porucznikiem Dunbarem w jednej osobie.

przeżyć z wilkami, film

Ale patrząc na to z drugiej strony, autorce udało się przekonać masy ludzi, że historia, na pierwszy rzut oka nierealna, wydarzyła się naprawdę. Wielu osobom przybliżyła emocje, jakie towarzyszyły osamotnionym dzieciom w czasach holokaustu, wzruszyła, zmusiła do refleksji. Historia ta okazała się na tyle wartościowa, że w 2007 roku doczekała się ekranizacji. Historia warta opowiedzenia, przekazania dalej, poświęcenia czasu.

 

I nagle, przyznając się do winy, autorka skazuje swoje dzieło na śmierć w rękach rozjuszonego tłumu, hucznie manifestującego swoje niezadowolenie i pogardę. Bojkotujący ex-fani wchodzą licznie na strony i fora internetowe, ostrzegając potencjalnych nabywców przed wpadnięciem w pułapkę medialnej propagandy.

 

Już nie patrzy się na tę książkę jako dzieło kultury, pod względem wartości literackiej, która we wcześniejszych latach świadczyła o jej sukcesie. Pozostaje więc pytanie, co jest ważniejsze? Trzymanie się prawdy, czy tworzenie „sztuki dla sztuki”, niepodporządkowanej żadnym funkcjom pozaartystycznym, a kierowanie się jedynie regułami estetycznymi?

 

Autorka mogła uniknąć tego całego skandalu, określając gatunek swojego dzieła jako literaturę piękną, co w żadnej mierze nie wskazywałoby na autentyczność jej historii. Mogła, ale tego nie zrobiła. Nie wiem, czy z powodu pieniędzy, czy z jakichś wyższych pobudek. Ale jestem pewny, że nie osiągnęłaby takiego sukcesu, jaki zdobyła dzięki kłamstwu. Teraz, po szkodzie, widać to wyraźnie – ludzie wolą historie oparte na faktach – nie ważne, jak bardzo nierealne – niż zagłębiać się w nieograniczony żadnym umiarem świat fikcji.