Sukces przez łzy, czyli recenzja „Whiplash”

Whiplash-5547.cr2

„Whiplash” osiągnął coś, co zdarza się niezwykle rzadko. Od dnia premiery niemal codziennie pojawiają się recenzje… e tam. Pieśni pochwalne na jego cześć! Jak to wygląda w rzeczywistości i ile w tym przesady?

 

No cóż, niewiele. „Whiplash” pod wieloma względami jest filmem doskonałym. Świetna gra aktorska, wśród której najmocniej błyszczy gwiazda J.K. Simmonsa (Złoty Glob w pełni zasłużony, a i Oscara bym nie poskąpił). Wspaniałe, przemyślane i dobitne dialogi. Przepiękny soundtrack hektolitrami ociekający jazzem (nazwa filmu – „Whiplash” – jest jednocześnie tytułem często powracającego utwory jazzowego). W całej tej doskonałości nawet nieliczne błędy, o ile się je dostrzeże, tracą jakiekolwiek znaczenie i popadają w niepamięć.

 

Siłą filmu nie jest jednak strona techniczna. Kadry, muzyka i dialogi to tylko papier ozdobny, w który owinięto to, co stanowi o szczególnej wyjątkowości „Whiplash”. Fabułę. A raczej wnioski, do których nas prowadzi.

 

Głównego bohatera – Andrew – poznajemy podczas wieczornych ćwiczeń. Jest perkusistą. Andrew uczęszcza na pierwszy rok do Konserwatorium Shaffera –  najlepszej szkoły muzycznej w Stanach, marząc przy tym o wielkie karierze. Nie wielkiej – PRZEOGROMNEJ! Chce być jednym z tych, o których rozmawia się dekadami, którzy podnieśli poprzeczkę do niewyobrażalnego wcześniej poziomu.

 

Okazja pojawia się wtedy, gdy Andrew zostaje przyjęty do szkolnej orkiestry jazzowej, gdzie trafia pod skrzydła sadystycznego dyrygenta – profesora Fletchera. To tutaj zdobywa pewność siebie – co przejawia się choćby tym, że jako nieśmiały z natury chłopak w końcu umawia się na randkę – po to tylko, by w kolejnej scenie pokazać morderczy trening aż do krwawienia dłoni, a w jeszcze następnej zawód, poniżenie i niespełnienie oczekiwań. I znów trening, krew, pot i łzy, by udowodnić całemu światu swoją wartość.

 WHIPLASH

Linia fabuły przybiera więc kształt sinusoidy – osiągnięty ciężką pracą sukces, gdy wszystko zaczyna się prawidłowo układać, błyskawicznie zmienia się w obraz upadku, by ponownie wznieść się na wyżyny możliwości i pokonywania barier. Mimo powtarzalności schematu, film ani na sekundę nie tonuje emocji. Od pierwszych scen zostajemy wciągnięci w niebezpieczną grę, w której oderwanie wzroku od ekranu wydaje się niewykonalne, a każda kolejna zaskakuje, potęguje napięcie, by w końcu osiągnąć apogeum w scenie końcowej…

 

I tu pojawia się jedyna bolączka tego filmu, przynajmniej w moim odczuciu. Zakończenie, choć poprzedzone genialnym i pamiętnym występem muzycznym, wyskakuje tak nagle i niespodziewanie jak reklamy w TVN. Ja to w pełni rozumiem, że otwarte zakończenia moją swój cel – zmuszają do pobudzenia wyobraźni, rozmyślania o dalszym ciągu, a przede wszystkim stanowią temat niezliczonych rozmów. Spójrzmy chociażby na „Incepcję”. Tam jednak zakończenie pozostawia dwie różne wersje do wyboru. Zakończenie w „Whiplash” z kolei można porównać do ucięcia filmu biograficznego w połowie jego trwania. Bardzo duży niedosyt.

 

Istnieje jednak inna możliwość i trzeba wziąć na to poprawkę – być może to tylko mój wymysł, spowodowany chęcią dłuższego obcowania z tak dobrą produkcją. Nie ma się zresztą co dziwić – prawie dwugodzinny seans leci błyskawicznie niczym krzesło rzucone przez profesora Fletchera w kierunku głównego bohatera.

 

***

 

Wcześniej wspominałem, że największą wartością filmu są wnioski, jakie z niego wyniesiemy (od razu polecę, żeby na seans koniecznie zabrać kogoś ze sobą – prawdziwie dobry film poznamy bowiem po tym, jak długo po napisach końcowych wciąż o nim rozmawiamy).

 

Abstrahując już od interpretacji pojedynczych scen, chciałbym powiedzieć Wam co nieco o głównym przesłaniu filmu – a ten jest całkowicie klarowny. Z jednej strony mamy motyw dążenia do sukcesu – na którym z powodzeniem zbudowano takie filmy jak „W pogoni za szczęściem”, „Rudy” czy „Rocky” (wszystkie z serca polecam!). Z drugiej jednak pojawia się pytanie – czy są jakieś granice? Czy osiągnięcie nieosiągalnego może być okupione pogorszeniem zdrowia – nie tylko fizycznego, ale i psychicznego?

 

Mnie jednak zaczęła dręczyć inna myśl – o tym, że pewność siebie i samouwielbienie dzieli niezwykle cienka linia, a osiągnięcie złotego środka wydaje się błądzeniem po omacku. Jeśli bowiem nie zadowolimy się tym, co już osiągnęliśmy, jesteśmy w stanie poświęcić tysiące godzin, hektolitry potu i nieprzespane noce na trening, na doskonalenie się. Tylko co to za przyjemność, jeśli cały czas wisi nad nami kompleks beznadziejności? To jest pułapka, w którą wpadło wielu idoli, mistrzów i autorytetów, pasmo sukcesów zwieńczając samobójstwem.

 Whiplash-4

Jest też inna droga – docenienie tego, co już osiągnęliśmy, dodawanie sobie otuchy przez serdeczny okrzyk – „dobra robota!” (dobrze pisał o tym Andrzej). Tylko czy można z takim nastawieniem osiągnąć PRAWDZIWY sukces? O ile na początku droga będzie wiodła w dobrym kierunku, to przy pierwszej trudności, gdy zrezygnujemy z treningu tłumacząc się słowami „dzisiaj jestem zmęczony, poćwiczę jutro”, cel zaczyna się oddalać w niepohamowanym tempie. No bo co to komu szkodzi, jeden trening w tę czy we w tę nie robi przecież różnicy. I tak jestem wystarczająco dobry.

 

Problemem zdaje się więc to, jak bardzo naszą wartość uzależniamy od naszych osiągnięć. Dla głównego bohatera „Whiplash” są to synonimy – chęć bycia wielkim przejmuje kontrolę nad jego myślami, zachowaniem i relacjami. Z tego wyłania się niezwykle przykry i (mam nadzieję) całkowicie fałszywy obraz wyboru pomiędzy osiągnięcia sukcesu, sławy i doskonałości, a zwykłym szczęściem.

 

Nie pozostaje więc nic innego, jak czerpać radość i spełnienie z samego procesu nauki – tylko tak jesteśmy w stanie pogodzić rozwój i własne braki, przyjemność i ogromny wysiłek.

 

***

 

Ostatnio Wam obiecałem, że wpisy będę bardziej optymistyczne. Cóż, mogę jedynie przeprosić, ale nie da się inaczej – nie można obejrzeć „Whiplash” i przejść z powrotem do normalnego funkcjonowania bez choćby krótkiej refleksji. Na koniec muszę powiedzieć, że jeśli udało mi się Ciebie przekonać do obejrzenia tego filmu, to koniecznie idź do kina. Tym razem nie chodzi w ogóle o piractwo, ale o zupełnie inne doznania – nieporównywalnie lepszy dźwięk i jakość obrazu pomoże z jeszcze większą mocą doświadczyć tego wszystkiego, o czym wspominałem. Tutaj nawet zwykły werbel potrafi wywołać dreszcze :)

 

Złota myśl na dziś.

Zapamiętaj! :

Za każdym razem, gdy słuchasz dobrego utworu, gdzieś tam jakiś perkusista jest właśnie gnębiony!

 ~ ambiwalentny

Ocena: 9,5/10

(z powodu zakończenia dałbym 9, ale jestem przekonany, że po drugim obejrzeniu oceniłbym wyżej)