Słów kilka o pisaniu recenzji, czyli krytyka filmowa tak niesprawiedliwa

czytanie gazety street

Dzisiaj, kilka dni przed galą rozdania Oscarów, muszę się z Wami podzielić czymś, co nurtuje mnie od dłuższego czasu. Powiem Wam trochę o krytyce, o ocenianiu, no i o micie obiektywizmu.

 

Kiedy jeszcze ambiwalentny raczkował, a ja pisałem dokładnie o wszystkim, kultura nie pochłaniała mnie tak bardzo, jak obecnie. Zwłaszcza filmy. Nie znałem imion aktorów, nie odróżniałem reżyserów, a klasykę kojarzyłem tylko ze słyszenia. W ciągu roku dużo się zmieniło. Chcąc nie chcąc, z biegiem czasu również ambiwalentny poszedł w tę stronę. Obecnie nie ma miesiąca, by nie pojawiła się tutaj kolejna recenzja. I za każdym razem mam z tym duży problem.

 

Pierwszy raz uświadomiłem to sobie po obejrzeniu „Mamy” Xaviera Dolana. Wracając do domu miałem prawdziwy mętlik w głowie, który nie opuszczał mnie również podczas pisania recenzji. Myślałem wtedy – jak ocenić dramat? Czy ważniejszy jest morał, przesłanie, ta pierwsza myśl po wyjściu z kina? A może realizacja albo strona techniczna? Może pomysł?

 

Choć problem na pierwszy rzut oka może wydawać się błahy, to w gruncie rzeczy jest niezwykle istotny. No dobra, w Polsce nie jest to aż tak widoczne, przynajmniej w moim odczuciu. Jeśli jednak spojrzymy choćby na rynek amerykański, gdzie jedna recenzja w „The New York Times” może przyciągnąć do kina albo zniechęcić masę potencjalnych widzów, dostrzeżemy istotę problemu.

 

Wracając do „Mamy” – głowiłem się kilka godzin nad tym, jaką wystawić ocenę. Ten film spełniał wszystkie warunki świetnego dramatu, był dobrze nakręcony i zmontowany, aktorzy godni owacji na stojąco. Ale mimo wszystko, gdy nadszedł czas oceny końcowej, to czułem, że film nie zasługuje na pełną dziesiątkę. Czemu? Bo nie chciałbym oglądać go drugi raz. Bo choć nie potrafię mu niczego zarzucić, to nie pochłonął mnie wystarczająco.

 

Ale czemu ograniczać się tylko do dramatów? Z komedią jest tak samo. I z każdym innym filmem. Oceniając thriller, komedię czy fantasy wyłącznie na tle swojego gatunku, często może wydawać się on prawdziwym arcydziełem. Jeśli jednak porównamy go z filmem akcji czy obyczajowym, to mimo tych samych ocen, dojdziemy wreszcie do wniosku, że ten drugi jest jednak o wiele lepszy.

 

Krytycy muszą zmagać się również z innymi pułapkami. Na przykład z nastawieniem do filmu, z jakim przychodzi na salę kinową. Tak na przykład oglądając produkcję ulubionego reżysera, w której gra ulubiony aktor, obejrzawszy przedtem doskonały zwiastun, o wiele ciężej jest napisać niepochlebną recenzję. Podobnie jest z kinem artystycznym, niezależnym, awangardowym czy w jakiś inny sposób niezwykłym (nawiązując po części chociażby do „Boyhood”).

 

A to nie wszystko. Trzeba wziąć też przecież poprawkę na życie osobiste krytyka. No bo jeśli taki krytyk właśnie przeżywa kryzys małżeński, a mimo to bierze się za recenzję komedii, w której pisze, że żarty były wyjątkowo żałosne i w ogóle nie wiem, jak można się z tego śmiać, to trudno nazwać to wartościową recenzją. Czarnoskórzy z kolei wyżej ocenią filmy piętnujące niewolnictwo czy biografie Martina Luthera Kinga. Nastolatkowie – filmy o spełnianiu marzeń i baśniowej miłości. Dzieci – bajki Disneya.

 

Jak widać, z tą krytyką wcale nie jest tak łatwo. Wiele kwestii wciąż pozostaje dla mnie niewiadomą, w której siłą rzeczy muszę chodzić jakby po omacku. Ale przecież nikt nie powiedział, że będzie lekko. Pewne jest tylko jedno – obiektywizm w recenzjach to tylko utopijne marzenie przeciętnych filmowców.

 

Trawestując tytuł pewnego utworu – niełatwy jest żywot ulicznego krytyka. I tymi słowy zakończmy.

 

Dobra, napisałem. A teraz chyba w końcu pora wziąć się za recenzję „Birdmana”, prawda? ;)