6 miesięcy minęło

pół roku

Cześć. Nie wiem jak u Ciebie, ale ja dzisiejszy dzień rozpocząłem tak jak każdy inny prawie-wakacyjny dzień. Miałem nawet zamiar przedstawić Ci zestawienie ciekawych filmów z okazji nadmiernej ilości wolnego czasu, ale to będzie musiało jeszcze troszkę poczekać. Bo widzisz, drogi Czytelniku, prawie umknął mi fakt, że to właśnie dzisiaj ambiwalentny blog świętuje pół roku istnienia.

 

Cóż w tym niezwykłego? – spytasz. Ano wypływają z tego dwa wnioski. Pierwszy – jak ten czas cholernie szybko leci. Ale to temat na inną polemikę. Drugi natomiast napawa mnie optymizmem. Oto stoję naprzeciw 90% „blogerów”, którzy skończyli swoją działalność po napisaniu „Witaj świecie”, a jestem wśród zdziesiątkowanej armii tych, którzy piszą. Wciąż piszą.

 

Tak po prawdzie, to te procenty są całkowicie wyssane z palca, choć jestem przekonany, że zbytnio nie odbiegają od prawdy.

 

Nie będzie to wpis o tym, co mi daje blogowanie. Niektórzy z Was być może pamiętają, że pisałem już o tym po 2 miesiącach od utworzenia bloga . Z perspektywy dnia dzisiejszego, okres 2 miesięcy nie jest w żaden sposób wystarczający do wyrażania opinii, choć od tamtego czasu w moim myśleniu zbyt wiele się nie zmieniło.

 

Gdy zasiadałem dzisiaj do pisania, miałem zamiar przedstawić Ci moją teorię na temat tworzenia. Ale wiesz co? To zostawię sobie na jutro. A ten wpis, choć niczego nie wnosi, niech pełni funkcję kamienia milowego – nie w znaczeniu ważnego wydarzenia, a raczej wskaźnika przebytej drogi. Coś w stylu chorągiewki. Za kolejne 6 miesięcy będę mógł spojrzeć wstecz i zobaczyć, jak daleko w tym czasie doszedłem.

 

PS W sumie to i z tego wpisu możecie coś wynieść. Na przykład moją ulubioną łacińską sentencję:
„Exegi monumentum aere perennius”