„Miasto 44” – recenzja filmu

miasto 44 recenzja filmu

Polskich filmów wojennych, zwłaszcza przedstawiających obraz II wojny światowej i Powstania Warszawskiego, wyprodukowano już wiele. Kilka z nich można uznać za udane, zdecydowaną większość lepiej schować za zasłoną milczenia – a gdzie w takim podziale powinniśmy umieścić „Miasto 44”?

 

Od lat kolejni reżyserzy starają się jak mogą, aby przedstawić swoją wizję wojny szerszej publiczności. Z różnym skutkiem próbują przeskoczyć poprzeczkę, którą hen, hen wysoko zawiesił najpierw Wajda, a później Agnieszka Holland z nominowanym do Oscara „W ciemności”. Łatwo jednak zapomnieć, że kolejni reżyserzy muszą zmagać się z coraz to większą przeszkodą. Bo o ile Andrzej Wajda przedstawiał to, czego sam doświadczył – obraz wojny, której był naocznym świadkiem – o tyle następne pokolenia reżyserów i scenarzystów byli i będą skazani na powielanie wyświechtanych już historii z zakurzonych, archiwalnych kart.

 

Niedawno do tego grona dołączył 33-letni Jan Komasa – poznański reżyser, o którym usłyszeć mogliśmy przy okazji premiery „Sali samobójców” w 2011 roku. I choć ten film spotkał się z falą skrajnych opinii, a co za tym idzie – talent reżyserski Komasy stał się kwestią sporną – to na kolejną jego produkcję, „Miasto 44”, wielu czekało z zapartym tchem. Muszę przyznać, że i ja dałem się porwać w wir oczekiwania. Bo o ile „Salę samobójców” oceniłem wysoko, to względem tematyki wojennej od dawna jestem nastawiony sceptycznie. Z drugiej jednak strony byłem pewien, że młody reżyser przedstawi Powstanie w sposób odświeżony, oryginalny… i skierowany głównie do młodych.

 

I tak właśnie jest. „Miasto 44” to film fabularny, który w samym centrum akcji stawia miłość dwojga nastolatków – ich pragnienia, marzenia i emocje – gdzie Powstanie Warszawskie przybiera raczej funkcję fundamentu, na którym fabuła jest tworzona. Okres przygotowań do Powstania jest pretekstem do zapoznania się głównych bohaterów, rozpoczęcie walk – do ich zbliżenia się, a wreszcie strach, niepewność i widmo śmierci przekształca się w szczerą, choć niewytłumaczalną i niezrozumiałą namiętność.

miasto 44 recenzja

Przeszkodą, jaką film stawia przed widzem, jest niespotykana nigdzie wcześniej kompozycja dzieła. Jest to przeszkoda oczywiście umowna. Wykorzystanie na jednej ścieżce dźwiękowej utworu Czesława Niemena i dubstepu w wykonaniu Skrillexa, pełnych patosu i wzruszenia scen poprzecinanych wstawkami rodem z filmów grozy czy też absolutnie oniryczne sekwencje mogą wywołać zniesmaczenie u starszej części widowni. Młodsza natomiast dostrzeże w tym coś sobie znajomego. I można się spierać, że wykorzystywanie elementów popkultury w temacie tak wyniosłym jest bliskie profanacji, ale w tym miejscu trzeba się zatrzymać i uświadomić sobie jedną bardzo ważną kwestię.

 

„Miasto 44” jest skierowane do młodzieży. Wiedziałem to już po pierwszym zwiastunie, a po seansie umocniłem się w tym przekonaniu jeszcze bardziej. Filmów wojennych tworzonych w formie klasycznej, wręcz konserwatywnej, mamy wiele. Mogą podobać się i młodszym, i starszym, choć rzadko kiedy potrafią prawdziwie zaangażować któregokolwiek z widzów. W mojej opinii, nagrywając „Miasto”, Jan Komasa postanowił: „Stwórzmy film o młodzieży dla młodzieży, z którą będą mogli się utożsamiać, dostrzegać wspólne cechy i dzięki temu uświadamiać sobie, jak tragicznym wydarzeniem było Powstanie.” W takim założeniu popkulturowe wstawki przyjmują zadanie zbliżenia nas do głównych bohaterów, ale także zaciekawienia, skupienia na sobie uwagi odbiorcy.

miasto 44 zabawa taniec recenzja

U reżysera dostrzegam jeszcze jedną cechę – odwagę. Pomijając już wymienione wyżej elementy, Komasa nie boi się w filmie pokazać bohatera w sposób mniej wyidealizowany, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. I w ten sposób dostajemy bohatera, który pod wpływem emocji robi rzeczy wręcz idiotyczne, czasem bezsensowne. Bohatera, który przepełniony nienawiścią jest gotowy zabić bezbronnego. Mam jednak żal do twórców, że pod koniec seansu para głównych bohaterów nagle przemienia się w nieomylnych, idealnych wręcz protagonistów. Tak, wolałbym film, w którym główni bohaterowie nie zamieniają się w mgnieniu oka z nieśmiałych ludzi w przywódców mających plan, jak uratować ludzkość. No bo czy bohaterem jest tylko ten, który robi rzeczy wielkie i efektowne?

 

Wizualnie film wygląda świetnie. Takie odniosłem wrażenie, choć trzeba się zastanowić, czy to opinia obiektywna. Jeszcze przed rozpoczęciem seansu jesteśmy bowiem przygniatani zestawieniem niebagatelnych liczb – twórcy chwalą się, że na plan zwieziono 5 tysięcy ton gruzu, efekty specjalne zajęły 30 tysięcy godzin pracy, a pieniądze na produkcję filmu zbierano przez 8 lat. Obok takich informacji nie można przejść obojętnie. Tak czy inaczej, efekty specjalne na prawdę dotrzymują kroku produkcjom zza oceanu, obraz zrujnowanej Warszawy jest niesamowicie realistyczny, a scena spadających z nieba hektolitrów krwi, kawałków ciała i kończyn może prawdziwie wstrząsnąć nawet najwytrwalszymi widzami.

 

 

Nie mam również żadnych uwag względem gry aktorskiej. Każdy wypadł odpowiednio – zarówno w scenach dramatycznych i podniosłych, jak i w przedstawiających szarą codzienność, gdzie nawet nic niewnoszące do fabuły rozmowy pozwalają choć trochę bardziej wczuć się w atmosferę tamtych lat.

 

Jeśli chodzi o wady filmu, poza wspomnianą już nienaturalną przemianą głównego bohatera w końcówce filmu, mógłbym dołożyć kilka nielogicznych posunięć fabuły. Jest to jednak minus do wybaczenia, zwłaszcza że, tak jak wspominałem, fabuła w „Mieście 44” schodzi na drugi plan, czasami wręcz zanikając.

 

Jak więc oceniam film? Jestem naprawdę miło zaskoczony – wiecie przecież, jaki mam stosunek do polskich filmów wojennych (wspominałem o tym przy okazji recenzji „Kamieni na szaniec”). Dla mnie nadal są to produkcje, które, tworzone masowo, mają w planie zarobić przede wszystkim na projekcjach szkolnych. „Miasto 44” jednak przynosi pewien powiew świeżości, pozwala spojrzeć na znane przecież wydarzenie w sposób naturalniejszy, bliższy rzeczywistości, niż ten znany ze stron podręczników. Ciekawa kompozycja utrzymuje widza w zaciekawieniu, a realistyczne efekty mogą przerazić, zszokować i zachwycić.

miasto 44 wybuch recenzja filmu efekty specjalne

Wydaje mi się, że jest to film dokładnie dla mojego pokolenia. Nie dla starszego, które jest przyzwyczajone do tradycyjnego przedstawiania wydarzeń, w których nie ma miejsca na subiektywną wizję reżysera. Też nie dla ludzi młodszych, dla którego niektóre sceny będą zbyt drastyczne. Dla mojego pokolenia, które jest już znudzone ciągłym pokazywaniem jednego określonego obrazu wojny, powtarzanego wciąż i wciąż w kolejnych produkcjach. Które nie żąda niezachwianej wierności faktom, ale dopuszcza wymysły scenarzystów – bo sądzimy, że film wojenny nie musi być dokumentem, lecz ma zmusić do refleksji.

 

Ocena: 8/10