„Lucy” – recenzja filmu

lucy

Mam w zwyczaju, że jak już idę do kina, to wybieram film starannie. Pomyłek być nie może, bo jak to tak? Zanudzać się przez dwie godziny? Na „Lucy” poszedłem jednak, nie mając o nim żadnego pojęcia – no, może poza uroczą Scarlett Johansson. Ale to najwyraźniej wystarczyło.

 

Każdy, komu streszczam fabułę „Lucy”, odczuwa swego rodzaju déjà vu, połączone z niedowierzaniem, że pomysł wykorzystany trzy lata temu w „Jestem Bogiem” znów wrócił na wielki ekran. Mamy bowiem młodą Lucy, która w sposób wyjątkowo nieszczęśliwy zostaje zmuszona do przemytu narkotyków … we własnym ciele. Traf jednak chciał, że worek pełen niebieskich granulek rozrywa się, a narkotyk w zabójczej ilości wnika do organizmu. „Zabójczej” tylko dla przeciętnego człowieka, bo Lucy, oczywiście, zamiast umierać, zaczyna wykorzystywać cały potencjał swojego mózgu, co zamienia ją w niezniszczalną, wszechmogącą boginię.

lucy-scarlett-johansson

Tyle obiektywnie o wątku fabularnym. Najbardziej gryzącą rzeczą w całym filmie jest operowanie bujdą, której reżyser uparcie stara się nakleić etykietę „niepodważalna, udowodniona naukowo prawda”. Fundamentem całego filmu jest mit, według którego przeciętny człowiek wykorzystuje 10% swojego mózgu, podczas gdy reszta leży spokojnie, niepotrzebnie zużywając energię. Mamy też narkotyk – syntetyczne CPH4 – który podobno organizm kobiety produkuje w niewielkiej ilości w szóstym tygodniu ciąży, a także teorię, że wykorzystywany w 100% mózg będzie w stanie kontrolować nawet czas…

 

To jednak, co łączy wszystkie powyższe przykłady, to mijanie się z prawdą szerokim łukiem, choć przyznam – reżyserowi wyszło to wyjątkowo przekonująco – nie wiem, czy za sprawą rzucania naukowymi terminami, czy przez Morgana Freemana, który w filmie wcielił się w uznanego amerykańskiego naukowca. A głosowi Morgana ciężko nie uwierzyć.

lucy scarlett

Film traci więź z rzeczywistością również na innym polu – logicznym. Policjant nie przejmuje się ani śmiercią niewinnych ludzi, ani ogromnym karambolem na środku ruchliwej drogi, ale chętnie biega bezużytecznie za główną bohaterką. Gang dwudziestu chińczyków, z szefem na czele, wbiega uzbrojony do uniwersytetu, gdzie zaraz zjawi się kilkudziesięciu policjantów, a Lucy, zamiast zniszczyć ich od razu po zyskaniu nadprzyrodzonych mocy, pozwala im wchodzić sobie bezustannie w drogę. Takich epizodów jest niestety o wiele więcej.

 

Abstrahując jednak od wątpliwie oryginalnemu wątkowi fabularnemu, a także od naukowych bzdur, których tu pełno, dostajemy na tacy naprawdę dobrze upieczone kino akcji, w którym nie brak ani strzelania, ani pościgów. Nawet znajdzie się kilka wybuchów. Jak na wysokobudżetowy film przystało, efekty specjalne w „Lucy” stoją na wysokim poziomie, a pojawiające się kilka razy podczas całej projekcji wstawki rodem z Animal Planet (tygrysy polujące na antylopę), które mają uzmysłowić widzowi to, jak czuje się bohaterka filmu, są naprawdę dobrze komponującym dodatkiem.

 

Kolejną zaletą „Lucy”, być może jedną z największych, jest para głównych bohaterów – wspomniani już Scarlett Johansson i Morgan Freeman, i oboje przedstawili poziom, którego można się u nich spodziewać. Scarlett idealnie poradziła sobie zarówno jako przerażona ofiara, jak i rozdarta z uczuć zabójczyni. A Freeman, no cóż, jest sobą i to mu wychodzi najlepiej. Jeśli widzieliście kiedyś jakiś odcinek „Through the Wormhole”, to wiedzie o czym mówię.

 

morgan freeman lucy scarlett

Podsumowując, jeśli liczysz na na film głęboki, zmuszający do myślenia i oryginalny – odradzam. „Lucy” nie niesie ze sobą żadnego ładunku emocjonalnego, a teorie quasi-filozoficzne po chwili zastanowienia uderzają kiczem prosto w twarz. Jeśli jednak spodziewasz się dobrego kina akcji, z dobrze dobraną obsadą, biorąc od razu wszystko za fałsz i oczekując jedynie chwilowej rozrywki – to śmiało, Lucy Ci się spodoba, bo to naprawdę ładna dziewczyna jest :)

 

Ocena: 6/10