Kulturalny piątek #1

książki, kultura, hebrajski

Weekend ma wiele zalet. Wśród oczywistego czasu na wyspanie się, przygotowanie wyśmienitej kawy i spędzanie czasu z rodziną i znajomymi, można też wyskrobać kilka dodatkowych godzin na kulturę. W końcu przesłuchać na raz długo oczekiwaną płytę (btw. przymierzam się do „Trzeba było zostać dresiarzem” Mesa – ktoś już słuchał? jakieś opinie?), pójść na wernisaż do pobliskiej galerii czy do teatru. W rezerwie zostaje jeszcze kino, filharmonia, kącik poezji czy samotny wieczór w domu przy książce, grze, filmie.

 

Jak widać, dużo tego. Nawet za dużo, porównując do ilości wolnego czasu. Jednak wśród ogromu dobrych filmów, gier itd. jest również mniejsza grupa – pozycji, które po prostu warto polecić. Rozwój popkultury skutkuje jednak tym, że wiele świetnych dzieł pozostaje poza granicami zainteresowania licznych rzesz ludzi.

 

W związku z tym od dzisiaj, w każdy kolejny piątek, publikowany będzie na tym blogu wpis o dziełach kultury, głównie filmach, które warto nadrobić w czasie rozpoczynającego się weekendu. W całości albo w zdecydowanej większości będą to pozycje stosunkowo mało znane (czyli nie, „Skazanych na Shawshank” tam nie będzie).

 

Przechodząc do meritum

 

Ale jazda! (2002)

 

interstate 60, ale jazda

Na pierwszy rzut leci film „Ale jazda!” z 2002 roku. Aby nie mieć uprzedzeń, wywołanych polskim tytułem, będę posługiwał się tytułem oryginalnym: „Interstate 60: Episodes of the Road”. W tym miejscu podziękuję tłumaczom za ich wkład do rozwoju kinematografii.

 

„Interstate 60” jest typowym filmem drogi. Chociaż z innymi filmami tego gatunku łączy go tylko to, że główny bohater musi odbyć podróż z punktu A do punktu B, po drodze napotykając różne postacie. I w tym miejscu ta „typowość” się kończy.

 

Tym, co wyróżnia ten film, jest ciągłe balansowanie pomiędzy realizmem a fantazją, rzeczywistością a snem, choć z początku wszystko wydawało się jak najbardziej normalne. Oto Neal – dwudziestokilkuletni chłopak, syn bogatego prawnika – chce zostać malarzem. Jednak ciekawie zaczyna się robić w momencie, gdy spotyka na swojej drodze O.W.Granta, który może spełnić jedno życzenie każdego człowieka. Tym się jednak różni od dżina, oczywiście poza spełnianiem dwóch życzeń mniej, że czasami jest wymagający. Neal musi więc wykonać zadanie – zawieść tajemniczą paczkę do miast, które nie istnieje, jadąc drogą, której nie ma na mapie.

interstate 60

 

Dlaczego polecam?

 

Fabuła, na pierwszy rzut oka co najmniej dziwna, w „Interstate 60” jest jedynie liną asekuracyjną, trzymającą w kupie to, co jest według mnie istotą tego filmu. Podróż jest tutaj metaforą życia, podczas której reżyser, w sposób nieziemsko spójny, przedstawia liczne problemy otaczającego nas świata – np. narkotyki, kłamstwo czy rozróżnienie prawdy i fałszu. Niektóre z nich przedstawia w formie wyraźnie zakreślonych epizodów, inne natomiast ciągną się przez całą długość filmu.

 

„Interstate 60” jest jednym z niewielu przykładów dzieł, które dzięki rozbieżności tematów utrzymuje widza w zaciekawieniu aż do końca. W ciągu kilku minut seansu przechodzimy niezauważalnie pomiędzy dramatem i komedią, ignorancją a współczuciem – śmiejemy się z głupoty ludzkiej by za chwilę w smutku przyznać, że ta głupota prowadzi nas do destrukcji.

interstate 60, ale jazda

W tym miejscu, kiedy powinienem podsumować cały wpis, nadal czuję niedosyt. Czuję, że tego filmu nie można właściwie opisać w tych kilku zdaniach. Wiem też, że jeśli nie lubisz filmów drogi, filmów na pograniczu fantazji i realizmu czy filmów starszych niż dziesięcioletnie to zapewne ominiesz tę pozycję. Ale jeśli już poświęcisz czas i obejrzysz „Interstate 60”, to jestem pewny, że będziesz miał wiele przemyśleń. I po cichu liczę, że wrócisz na tę stronę, by się nimi podzielić. A może i jakaś dyskusja się rozwinie?

 

Teraz jednak życzę Ci, Czytelniku, dobrze spędzonego, owocnego i najlepszego w tym tygodniu weekendu :)