„Kamienie na szaniec” – recenzja

Kamienie na szaniec, film, recenzja, plakat

Kto nie czytał „Kamieni na szaniec” niech pierwszy rzuci kamieniem. Ja, w odróżnieniu od innych, pierwszy raz wziąłem się za tę książkę chyba w 4 klasie podstawówki – uważałem się za odpowiednio „dojrzałego”, żeby czytać książki przeznaczone dla starszych. Niestety, nie byłem dość, choćby z tak prostego powodu, że wtedy jeszcze nie wiedziałem co to godzina policyjna. I czemu, do cholery, Zośka był chłopakiem?

 

Z dalszego brnięcia w niezrozumiały dla mnie temat zrezygnowałem po kilkunastu stronach, do których na nowo powróciłem w gimnazjum. Lektura obowiązkowa, więc wypadało przeczytać chociażby streszczenie. Nawiasem mówiąc, zastanawiam się teraz, czy aby na pewno przeczytałem całą książkę, czy może fabułę i charakterystykę postaci znam wyłącznie z omawiania na lekcji? Dobra, przyjmijmy tezę, że przeczytałem.

 

„Kamienie na szaniec” według wizji Roberta Glińskiego

 

Ostatnie filmy, jakie widziałem w kinie, była dla mnie dość trudne do zrecenzowania. Nie wiedziałem, jak podejść do ocenienia, na przykład, „Wilka z Wall Street”, choć o „American Hustle”, bądź drugiej części „Hobbita”, mam jak najlepsze zdanie. Z polskimi filmami wojennymi jest zupełnie inaczej. No bo co jest w nich najważniejsze? Fabuła, efekty, wierność faktom czy emocje, jakie ów film wywołuje?

 

„Kamienie na szaniec” nie jest filmem genialnym pod żadnym z wyżej wymienionych względów. Dobrym też nie. Jest zwyczajnie zwyczajny, przeciętny i porównywalny z każdym innym polskim filmem wojennym, których przybywa więcej niż grzybów po siarczystym deszczu późną jesienią. Problem jest jednak jeden: „Kamienie na szaniec” jest oparty na książce pod tym samym tytułem. A raczej, biorąc na logikę, tak powinno być.

 

Film a książka

 

O ile większość aspektów jest kwestią subiektywnej opinii, o tyle wierność literackiemu pierwowzorowi jest sprawą nadrzędną. Przede wszystkim, fabuła jest mocno okrojona względem fabuły. Pierwsze sceny prezentują akcję gazowania kina, przeprowadzoną przez Mały Sabotaż. Przemilczano więc historię bohaterów sprzed, jak i w pierwszych dniach wojny. Ominięto wiele wydarzeń, wiele zostało przedstawionych powierzchownie. Jak chociażby właśnie sabotaże – w filmie przedstawiono je bardziej jako młodzieżową zabawę, poświęcając im niezwykle mało czasu, nie natomiast jako niebezpieczne akcje, których celem było przypomnienie narodowi polskiemu, jak i okupantowi, o Polsce Walczącej.

 

W fabułę wpleciono również wątki romantyczne, które nie mają nic wspólnego z książką, a są jedynie efektem nieprzespanych nocy scenarzysty, który chciał dodać jeszcze więcej dramatyzmu – jakby było go za mało. Mamy więc pocałunki, kłótnie i uściski, których głównym celem było chyba pokazanie, że nie samą wojną człowiek żyje.

 

Bohaterowie

kamienie na szaniec, bohaterowie, postaci

Było ich trzech: Rudy, Zośka i Alek. O ile pierwsi dwaj są rzeczywiści głównymi bohaterami, o tyle Alek ginie gdzieś w tłumie. Nawet nie wiem, czy był. Z pewnością zabrakło go w tym kręgu przyjaźni, który skurczył się wyłącznie do Rudego i Zośki. Ci dwaj natomiast, o wiele częściej kierowali się emocjami niż czystą logiką, której jednak wymaga się od przywódców. Przykładowo akcja, gdzie Zośka, rozwścieczony po przerwanej próbie odbicia Rudego z rąk Niemców, zamierza zaatakować ich siedzibę sam, z jednym pistoletem, a rezygnuje dopiero, gdy zwraca na niego uwagę kilkanaście żołnierzy. W rzeczywistości pewnie zostałby od razu aresztowany, później rozstrzelany. W filmie spokojnie odjeżdża…

 

Obok głównych bohaterów mamy kilkunastu innych harcerzy, którzy niestety nie wyróżniają się w ogóle. Pamiętam jedynie dwóch: pierwszy bał się strzelać do ludzi, drugi – ciekawszy przypadek – miał pseudonim „Słoń”. Chyba najbardziej irytująca postać. W chwilach ogólnie panującego smutku i płaczu opowiadał średnie żarty, a kilka minut przed strzelaniną jadł watę cukrową. Niechęć do niego jest porównywalna do tej w stosunku do SS’manów. W odniesieniu do książki, wykreowanie takiej postaci jest co najmniej nie na miejscu.

 

„Kamienie” wizualnie

 

O ile sięgam pamięcią, to nie widziałem źle zmontowanego filmu wojennego. Nie inaczej jest w „Kamieniach”. Scenografia dobrze oddaje klimat Warszawy z czasów wojny, choć duża część ujęć była robiona w Lublinie. Wybuchy i strzelaniny są na stosunkowo dobrym poziomie, z pewnością nie odstraszają jakimś brakiem realizmu.

 

Podsumowanie i nie tylko

Kamienie na szaniec, film, przysięga, harcerze

Tak jak pisałem na początku, ciężko jest jednoznacznie ocenić ten film. Reżyser wybudował swoje dzieło na fundamentach książki, jednakże poza głównym zarysem cała reszta była swobodnie interpretowana, w efekcie czego różni się od pierwowzoru znacząco.

 

Aleksander Kamiński, spisując historie Alka, Rudego i Zośki, chciał zrobić z nich niemalże legendarnych bohaterów ówczesnej Polski. Legendarnych, bo prawie doskonałych, wyidealizowanych wzorów młodzieży, gotowej oddać życie za Ojczyznę. Czytając książkę mieliśmy przed oczami trzech herosów, dla których patriotyzm był ważniejszy niż sprawy prywatne. I choć zapewne nie byli tacy w rzeczywistości, to ówczesny naród takich właśnie bohaterów potrzebował, takich chciał naśladować.

 

Film Roberta Glińskiego natomiast przedstawia ich na nowo jako ludzi z krwi i kości, ze swoimi wadami i słabościami, marzeniami i zawodami. Rozwiewa legendę bohaterów, zastępując ich nieco buntowniczymi nastolatkami, pragnącymi walczyć o wyższe wartości. Ale nawet jeśli naprawdę tacy byli, to czy chcemy ich takimi zapamiętać. Czy nie mają być właśnie wzorem, który powinniśmy naśladować?

 

Film sam w sobie jest filmem dość dobry, choć niewystarczająco by zachwycić. Skłania do refleksji, ale każdy wyniesie z niego coś innego.
Czy wolałbym zginąć niż być torturowanym jak Rudy? Czy widziałbym sens w oporze? Czy gotów byłbym poświęcić siebie i życie innych dla ratowania najlepszego przyjaciela?

 

Tak więc, jeśli liczycie na wierne odwzorowanie książki – szybko się zawiedziecie. Jeśli natomiast liczycie na dobry film wojenny, taki jakich mamy setki, to powinniście być zadowoleni.

 

OCENA: 6/10

 

Przy okazji tego filmu dużo zastanawiałem się nad sensem tworzenia kolejnej produkcji o tematyce wojennej w Polsce. Nieustannie powstają filmy o bohaterach, jak i o wydarzeniach ważnych dla historii naszego narodu. Pamięć o nich nie może zaginąć. Ale czy to jest celem nagrywanie coraz to nowszych produkcji?

 

Reżyserowie są świadomi, że Polacy nie mają w zwyczaju chodzić do kina co weekend. Typowo rozrywkowe produkcje nie przynoszą więc wystarczająco dużych dochodów. Natomiast filmy historyczne i wojenne zawsze mają masę odbiorców, głównie wśród młodzieży, chodzącej (tak jak ja w tym przypadku) na seanse ze szkołą. W takim razie odkopywanie coraz to mniej znanych historii i postaci z okresów wojen jest motywowane jedynie chęcią zarobków, nie zaś zachowaniu od zapomnienia.

 

Cytując Alberta Gizę z humorystycznego filmiku „Janko Muzykant – Making Of”:
„Jak mawiał mój mistrz, Andrzej Wajda: <<Spoko, szkoły przyjdą.>> i ja w to wierzę”.

 

 

A Wy co o tym sądzicie? Wierność pierwowzorowi i idealizowanie bohaterów jest ważniejsze niż przedstawianie ich jak najbardziej autentycznie? Podzielcie się opinią w komentarzach :)