Polska megaprodukcja? czyli recenzja „Hiszpanki”

hiszpanka funk 2015

Dobra, tym razem zero litości. Niedawno byłem na seansie „Hiszpanki” i mam zamiar jak najbardziej dotkliwie przekonać Was, żebyście trzymali się od tego filmu z daleka.

 

Jak niektórzy z Was być może pamiętają, „Hiszpanka” znalazła się na mojej liście najbardziej wyczekiwanych premier filmowych tego roku. Znalazła się tam – co teraz muszę z bólem przyznać – na moje nieszczęście, przez co zawód, którego doświadczyłem, był jeszcze większy. Zacznijmy jednak od tego, że klasyczna recenzja mijałaby się w tym przypadku całkowicie z celem. Zdecydowanie szybciej i przyjemniej będzie, jeśli podzielimy ją na dwie części – treść (fabułę) oraz stronę wizualną. Zaczynamy!

 

Treść

 

Jeśli chcecie poznać fabułę, to wystarczy, że obejrzycie zwiastun. Mówię całkowicie szczerze! Po niemal dwugodzinnym seansie nie dowiedziałem się nic ponad to, co możecie znaleźć w dwuminutowym trailerze. Żeby zaoszczędzić Wam jednak czasu, opowiem to w największym skrócie: po zakończeniu I wojny światowej Ignacy Jan Paderewski, słynny pianista i polityk, pragnie wrócić do Polski. Aby do tego nie dopuścić, Niemcy wynajmują spirytystę, który ma przeprowadzić mentalny atak na Mistrza. W opozycji do niego powstaje jednak grupa, która za wszelką cenę chce zniweczyć ten atak. Nie będąc w stanie samemu podołać temu wyzwaniu, wynajmują oni płatnego specjalistę, medium, niejakiego Rudolfa Funka.

 Hiszpanka 2015

Brzmi niedorzecznie? Z całą pewnością, choć nie należy uznawać tego za minus. Wyraźnie odznacza się tutaj wzorowanie na twórczości Wesa Andersona (przede wszystkim w scenografii i montażu, choć scenariusz również przejawia niejaką inspirację), przez co film zyskuje aurę groteski, oniryzmu i absurdu. Z tą jedną, ogromną różnicą, że reżyser i scenarzysta – Łukasz Barczyk – całkowicie sobie z tym nie radzi. W efekcie dostajemy mieszaninę wszystkiego, co ani nie wywołuje większych emocji, ani nie niesie ze sobą jakiejkolwiek treści.

 

To samo tyczy się charakterystyki poszczególnych postaci. Po obejrzeniu filmu nie pamiętałem ani jednego nazwiska, co po prawdzie nie zdarza mi się zbyt często. Bohaterowie „Hiszpanki” są dla nas tak obojętni, tak niezrozumiali w swoim postępowaniu, że nawet ich uwięzienie, torturowanie, czy wreszcie śmierć, nie robi na nas żadnego wrażenia. Ot, po prostu kolejne sceny z wielu innych, równie nielogicznych scen.

 

Strona wizualna

 

Jedynych plusów należy doszukiwać się w stronie wizualnej filmu, która choć na arenie międzynarodowej nie stanowi żadnej rewelacji, to w polskiej kinematografii zdecydowanie trzeba uznać za awangardę. Kadry i montaż przywodzące na myśl wspomnianego już Andersona, ciekawa scenografia i dobre efekty specjalne tłumaczą, dlaczego film ten wymagał tak ogromnego budżetu – 24 mln złotych to mniej więcej tyle, ile kosztowała produkcja filmu „Miasto 44”. Warto przy tym pamiętać, jak bardzo głośnym wydarzeniem była premiera „Miasta”, przy czym „Hiszpanka” przemknęła niemal niezauważenie.

 hiszpanka 2015 miasto

Jedną z niewielu zalet, które nie pozwalają całkowicie skreślić tego filmu, jest właśnie ta awangarda, wyczekiwany powiew świeżości. Tutaj, w polskim społeczeństwie, gdzie mocno utrwalił się już schemat tworzenia filmów historycznych – emocjonujących, przepełnionych cierpieniem i traktowaną po macoszemu fabułą – wprowadzenie wizji artystycznej, irrealizmu i zabawa formą zdecydowanie zasługują na dowód uznania. I choć jest to próba nieudana, pozbawiona odpowiednich umiejętności, a może wyczucia, to stanowi ważny punkt rozwoju polskiej kinematografii. Szczerze liczę na to, że kolejni twórcy pójdą właśnie w tę stronę, odcinając się od powtarzanych wciąż i wciąż schematów – kolejnego, wtórnego filmu o powstaniu, kolejnej, wtórnej komedii o niczym.

 

Dochodzę teraz do wniosku, że „Hiszpankę” powinno się w gruncie rzeczy traktować jako klasykę gatunku. Spokojnie! już tłumaczę, o co mi chodzi. Otóż, tak jak filmy klasyczne wywarły wpływ na przyszły rozwój kinematografii, choć w większości nie mogą sprostać wymaganiom współczesnego widza, tak „Hiszpanka” wprowadza coś nowego w nasz lokalny świat filmu, choć brak tu jakiejkolwiek przyjemności z jej oglądania. Oba te przypadki mogą zaciekawić jedynie pasjonatów kina. A teraz to już od Ciebie zależy, czy się do nich zaliczysz :)

 

Ocena: 4/10