A gdyby tak docenić życie?

ptaki, street photo, docenić

Hej. Muszę się Wam przyznać, że z powodu ferii trochę przesunęła mi się doba. Chodzę spać o czwartej, wstaję o jedenastej. A że w środku nocy nie ma zbyt wiele rzeczy do roboty, to piszę. I powstają takie właśnie, typowo „przemyśleniowe” notki.

 

A wszystko przez Święta. No może nie tylko przez Święta, ale trzeba przyznać, że tysiące otrzymywanych życzeń, krótsze dnie i romantyczny śnieg za oknem robi swoje. Więc siedzę późnym wieczorem i myślę, jak wiele rzeczy zwyczajnie nie doceniamy.

 

Dobra, tym razem będę mówił o sobie. Czyli jak wielu rzeczy JA nie doceniam.

 

Pisząc teraz do Was te słowa, spoglądam na stojący obok stół, na którym leży książka – jeden z świątecznych prezentów. Autobiografia Stephena Hawkinga, tego fizyka-noblisty, który jeździ na wózku i używa syntezatora mowy.

 

I myślę – jak bardzo nie doceniam zdrowia.

 

Czasami udawało mi się wyobrazić, jak to jest być sparaliżowanym, kaleką, niewidomym. Przynajmniej tak myślę, że mi się udawało, bo w pewnym momencie doznawałem okropnego stanu – uczucia kompletnej bezsilności. Stanu, w którym plany i marzenia przestają być osiągalne, w którym moja osoba staje się obiektem współczucia. I gdy wracałem do rzeczywistości, do „zdrowego ciała”, to … to znów traktowałem to jako pewnik. Jako coś, co mi się należy. A człowiek z natury bardziej ceni to, o co walczył, niż to, co otrzyma – niż to, co miał od zawsze.

 

Ale w moich myślach zadomowił się nie tylko Stephen Hawking. Jest też Bartek. Nie znacie go, ale nie szkodzi. Ja w sumie też nie znam go za dobrze, ale wystarczyła jedna krótka rozmowa, bym zapamiętał go na długo.

 

Bartka poznałem we Wrocławiu. Właściwie to na przedmieściu, a dokładniej – na parkingu przy jednej z galerii handlowych. Zatrzymałem się tu na nocleg. Po całym dniu jeżdżenia autostopem, nie mieliśmy – ja wraz z kolegą – żadnego zarezerwowanego noclegu. Spaliśmy więc tutaj, na całkowicie opustoszałym parkingu. Próbowałem zasnąć. Wtedy właśnie poznałem Bartka – bezdomnego, który tamtędy przechodził. Zobaczył nas w trakcie szukania czegokolwiek w śmietniku. Podszedł, przedstawił się, usiadł obok. I zaczął rozmawiać.

 

Pytał, co tu robimy? Po co w ogóle tak jeździć bez żadnego powodu? I mówił: że jest coraz ciężej, coraz zimniej, coraz mniej puszek ludzie wyrzucają. Wspomniał też o swojej mamie – zmarłej cztery miesiące wcześniej. Bartek miał zaledwie trzydzieści osiem lat.

 

I tak sobie myślę – jak bardzo nie doceniam rodziny.

 

Tych relacji, tego wzajemnego zaufania i codziennego wsparcia. Tego jedynego miejsca, gdzie zawsze ktoś będzie chciał Ciebie wysłuchać. I tego służenia sobie nawzajem, bezinteresownie, dla zwykłego uśmiechu, podziękowania, dla wspólnego dobra. Przeżywania Świąt, dzielenia się opłatkiem i składania życzeń. Nie doceniam, bo to wszystko biorę za pewnik. Bo przecież tak jest i już.

 

Gdybym mógł Wam teraz życzyć czegoś na tę końcówkę Świąt, byłoby to właśnie docenienie codzienności. Tego wszystkiego, co się na tę codzienność składa. By choć ten raz w roku spojrzeć na to jako na dar. By choć raz w roku za to podziękować.

 

Ale chyba najbardziej życzę tego sobie samemu.

 

Zdjęcie w nagłówku pochodzi ze strony greenbyname.wordpress.com